Wreszcie nadszedł ten wyczekiwany przez wszystkich dzień. Na pewno wszyscy się cieszyli, tylko poranne wstawanie na autobus zrobiło swoje. Prawie wszyscy byliśmy zmęczeni i znudzeni, oprócz latającego wszędzie Kena, który widocznie jakimś cudem wyspał się świetnie. Ja też w sumie mogłabym się wyspać, gdyby nie fakt, że Kastiel postanowił zadzwonić do mnie o 3 w nocy, podać mi listę rzeczy którą już ma w walizce i zapytać mnie, czy czegoś mu nie brakuje. Świetna noc. Swoją drogą, nie brakowało mu niczego. Kiedy wreszcie wybiła 7.00 wszyscy byliśmy już w autobusie. Mój Rudzielec powypychał kilkoro uczniów z tyłu autobusu, przez co pięć miejsc zajęliśmy jedynie we dwójkę. Kilka osób postanowiło jednak nie przyjść, więc nie musieliśmy się martwić, że ktoś nie będzie miał gdzie usiąść. Podróż minęła prawie bezproblemowo. Na miejscu wszyscy byli bardzo podekscytowani, ale Farazowski jak zawsze musiał nam tłumaczyć zasady bezpieczeństwa. Każdy z nas do swojego namiotu dostał apteczkę i książeczkę instruktażową na temat pierwszej pomocy. Nauczyciele chyba serio uważali nas za dzieciaki które będą się tłuc, a pierwsza pomoc będzie potem potrzebna... Tak czy inaczej, kiedy wreszcie zaprzestali wpajanie nam zasad i nakazów, mogliśmy zacząć rozkładać namioty. Wszyscy mieliśmy rozłożyć się w rzędzie na dosyć dużej polanie, aby został pusty plac przed nami, na którym wyznaczono miejsce do rozpalania ognisk. Miały tam także być poprowadzone zajęcia integracyjne. Cały wyjazd chyba miał mieć charakter integracyjny, ale wątpię, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Razem z Kastielem nie bardzo radziliśmy sobie z namiotem, który co nam się dobrze złożył, postanowił na nowo się rozłożyć. Złośliwość rzeczy martwych. Posiłowaliśmy się z nim jeszcze chwilę, po czym wreszcie przestał się rozkładać, postawiliśmy na swoim. Zdążyliśmy akurat. Kazali nam usiąść w kółku, mieliśmy proponować zajęcia na następne 3 dni. Posypały się różne pomysły: zajęcia z W-f'u na leśnych ścieżkach, Wieczorne konkursy talentów przy ognisku, Wspinanie się po drzewach na czas. W końcu przyszła kolej Kastiela, który bez emocji odparł, że najlepszym zajęciem byłoby lenienie się na polance. Kilka osób wybuchnęło śmiechem, cała reszta próbowała zachować obojętny wyraz twarzy, z marnym skutkiem. Kiedy przyszła kolej na mnie zaczęłam się zastanawiać. Co właściwie ja chciałabym robić? Nic prócz wieczornych ognisk nie przychodziło mi do głowy. Cóż, to na pewno będzie ciekawie spędzony czas...
**************************************************************************
( Perspektywa Kastiela)
**************************************************************************
Nie rozumiałem, czemu wszyscy śmiali się z mojego pomysłu. Czy wylegiwanie się na trawce w słoneczne dni było czymś złym? Ja osobiście czesto to robiłem, więc nie widziałem w tym nic nadzwyczajnego. Czasami wolałem sobie poleżeć niż słuchać chrzanienia ludzi znajdujących się wokół mnie. Sam zaczynałem wątpić, że te całe zajęcia integracyjne jakkolwiek mnie dowartościują... Siedzenie w kółku i rozmawianie o pierdołach raczej nie było moją bajką. Ten dzień na szczęście zleciał beza zbędnych gadek. Wieczorem namiot jednak znowu postanowił nam się rozłożyć, więc tym razem po złożeniu zabezpieczyliśmy go szarą taśmą klejącą. Ona działa na wszystko. Miałem rację, bo podziałała bardzo dobrze. Wreszcie udało nam się zasnąć, pomimo, że w namiocie obok Ken lamentował jak to mu źle, że akurat w parze jest z Amber... Cóż, może kolejny dzień będzie lepszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz