Kolejny dzień rozpoczął się dosyć brutalnie. Zostaliśmy obudzeni przez głośny wrzask Amber, która obudziła się rano w samej bieliźnie, do tego nigdzie dookoła nie było jej ubrań. Podobno szukała wszędzie, no i nic. Zabawnym było to słyszeć, chociaż moje podejrzenia przykuł Ken, który przez całą akcję uśmiechał się podejrzanie. Kiedy cała sprawa trochę przycichła, ktoś pożyczył Amber swoje ciuchy, ruszyłam prosto do Kena zapytać o ten jego dziwny uśmiech. Wydawał się mega dumny.
- Jak sądzisz? To ja ją tak urządziłem!- Zaśmiał się głośno. Cóż, pogratulować można było. Całkiem niezła akcja, no i pewnie przemyślana.
- No nieźle. Wiesz, że jak ona się dowie to ty już najpewniej nie żyjesz?- zapytała patrząc na niego z powagą. Wściekła Amber jest gotowa również do morderstwa. Dlatego uważamy ją za niebezpieczny obiekt.
- No dlatego się nie dowie... Nie wygadasz jej, prawda?- zapytał zmartwiony. Co on sądzi, że ja zamierzam z własnej nieprzymuszonej woli z nią rozmawiać?
- Widziałeś, żebym kiedyś z nią niezmuszona rozmawiała?- zapytałam zerkając na niego ze zdziwieniem. Zaśmiał się tylko głośno. Nie zdążyliśmy już dłużej pogadać, bo przygotowali dla nas kolejne zajęcie. Mieliśmy usiąść na polanie, w dużym kole. Usiedliśmy więc z Kenem obok siebie, niedaleko dostrzegłam Kastiela, siedział niedaleko Lysandra. W końcu z namiotu wyszła Amber, ubrana w zbyt małą koszulkę i zbyt wielkie spodnie. Zabawny widok. Nawet nie zdążyłam zapytać, gdzie właściwie są jej ubrania... Zaczęły się zajęcia integracyjne. Tematem przewodnim było pytanie ,, Czego się boimy". Nie bardzo rozumiałam jak takie coś może nas zjednoczyć, szczególnie, że nie przypominałam sobie rzeczy, której bym się bała... Pająków nie, węży nie, ciemności nie... Sama nie wiem. Kolejka ruszyła. Pierwszy był Lysander, który bez zastanowienia stwierdził, że boi się, że zgubi notatnik i już go nie znajdzie. Kilka osób się zaśmiało. Potem przyszła kolej Kastiela, który wypalił, że boi się Amber. jeszcze więcej osób wpadło w śmiech. Nataniel stwierdził, że boi się, że kiedyś zapomni czegoś zrobić i dostanie burę od dyry. Ach ci gospodarze, mają tak ciężko, nie to co ci leniwi górnicy... W końcu przyszła kolej na Kena, który odpowiedział, że boi się rudych. W tym momencie Kastiel gwałtownie wstał, a Ken dosłownie przewrócił się do tyłu. Cóż, kiedy przyszła moja kolej, to odpowiedziałam, że nie przychodzi mi do głowy rzecz której bym się bała.Wtem ken stwierdził, że jestem nieustraszona. Trudno było się z tym nie zgodzić... No chyba, że boję się rzeczy której jeszcze nie znam, a to było bardzo prawdopodobne. Przynajmniej tak mi się wydawało. Pierwszy dzień skończył się wieczornym ogniskiem, które w miarę wszystkich uspokoiło. Trochę pośpiewaliśmy, ktoś zaczął opowiadać straszne historie. Skończyło się tym, że połowa dziewczyn bała się spać i w wielu namiotach przez całą noc było jasno od wyświetlaczy telefonów i latarek. U mnie noc minęła bez większych problemów... Chyba.
****************************************************************************
Perspektywa Kastiela
****************************************************************************
Następny dzień rozpoczął się gwałtowną pobudką. Amber znowu łaziła w nie swoich ciuchach, a my powoli zwijaliśmy namioty. Mieliśmy iść się powspinać, a potem wyjechać znowu do miasta. W końcu był to nasz ostatni dzień tu, no i niedługo musieliśmy jechać. Po szybkim śniadaniu zabrali nas do parku linowego, bo zdaniem dyrektorki wspinanie się po drzewach było ,, zbyt niebezpieczne". Na miejscu nas wszystkich ubrali w liny i inne tego typu przyrządy do wspinaczki. Najpierw zbierali ochotników, którzy pójdą na najwyższy etap wspinaczki. Było to serio wysoko, bo prawie 9 metrów... Ale chciałem trochę zaszpanować, no i postanowiłem, że wejdę tam. Prócz mnie głosiła się jeszcze Alice, Ken i Amber. Szczerze wątpiłem, że dziewczyny sobie poradzą... W razie czego mogłem pomagać Alice, ale do Amber się nie dotykam. Najpierw było łatwo, mieliśmy wejśc na samą górę po drabinie. Kiedy byliśmy już na górze, poprzypinaliśmy sprzęt i ruszyliśmy do przodu. Na sam początek trzeba było przejśc po grubej ale wąskiej desce. Starałem się nie patrzyć w dół w obawie, że stchórzę. Na szczęście wszyscy przeszliśmy bez większej trudności. Dopiero potem przechodzenie po ruszających się deskach zwisających dziewięć metrów nad ziemią nas zaniepokoiło. W połowie zachwiałem się niebezpiecznie, i miałem wrażenie, ze spadnę, ale udało mi się ostatecznie złapać równowagę i podciągnąć się w górę. Potem musieliśmy przejść po siatce i zjechać na sam dół tyrolką, nad jeziorem, co było chyba najmniej stresującą rzeczą. Wystarczyło się odepchnąć i zjechać, co w tym trudnego? Zjechałem pierwszy, było naprawdę fajnie. Chyba nawet była to jedna z najfajniejszych rzeczy. Potem widziałem zjeżdżającą Alice, jej chyba też sprawiło to radość. Ken też zjechał bez problemu, za to Amber musieli ściągać, bo zwyczajnie się bała. To było dosyć zabawne, wystraszyć się zjazdu na tyrolce, a nie bać się chodzić po ruchomych, bujających się we wszystkie strony deskach. Po tym, kiedy wszyscy ukończyli swoje tory my jako ochotnicy dostaliśmy po czekoladzie, no i tak zakończyła się nasza wycieczka. W autobusie dopiero uświadomiłem sobie, że czas wracać do obowiązków... Ale mogłem się założyć, że na pewno nie będzie nudno. W naszej szkole nigdy nie było.
No... co Ci tu napisać... Na pewno obie części znakomicie się dopełniają, obydwie są fajne i nie pozostaje mi nic innego jak czekać na next.
OdpowiedzUsuń